niedziela, 9 maja 2021

AUTOR POD LUPĄ - EWA ZDUNEK || WYWIAD

Serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu z Panią Ewą Zdunek. Rozmawiamy o najnowszej publikacji autorki - "Infolinii złudzeń".


Cieszę się, że mogę z Panią porozmawiać na temat Pani najnowszej powieści – „Infolinia złudzeń”. Może na początku opowie Nam Pani coś o sobie. Kim jest Ewa Zdunek?

Ewa Zdunek co dzień jest kimś innym. Jednego dnia poważną urzędniczką państwową, a drugiego dziwaczką, która rozmawia ze zwierzętami. I jest z tego bardzo zadowolona, ponieważ Ewa Zdunek nie znosi stagnacji. Ostatnio przeczytałam o sobie w horoskopie, że posiadam osobowość skrytą, zamkniętą w sobie, nadwrażliwą, pełną tajemnic i obaw ukrytych w głębi podświadomości. Mało kto zna mnie tak naprawdę... A najmniej chyba ja sama.

Jak to się stało, że postanowiła Pani pisać książki? Czy zawsze marzyła Pani o pisaniu?

Zawsze lubiłam opowiadać historie i gdybym urodziła się siedemset lat wcześniej, prawdopodobnie krążyłabym po świecie niosąc w tobołku zapas nowych opowieści. Powiada się, że każdy otrzymał przy narodzinach jakiś dar. Ja dostałam niespokojny język. Uwielbiam mówić, więc aby nie zniechęcać do siebie ludzi, zaczęłam zapisywać rodzące się w mojej głowie słowa. I tak na świecie pojawiła się pierwsza, druga książka i następne.

Jak Pani bliscy zareagowali na informację o wydaniu kolejnej powieści?

Ucieszyli się, bo wszyscy od pewnego czasu zastanawiali się, jak będzie wyglądać okładka tej książki. „Infolinia złudzeń” – jak to przedstawić?

Co było dla Pani główną inspiracją do napisania powieści „Infolinia złudzeń”?

Mogłabym napisać kolejną książkę o tym, jak powstawała „Telefonistka” czyli „Historia Weroniki P”. Otóż, gdy zatrudniłam się do pracy w charakterze konsultantki telefonicznej liczyłam na garść ciekawych dialogów, które ubogacą jedną z pisanych przeze mnie w tamtym czasie powieści. Miał to być taki humorystyczno-filozoficzny dodatek do zupełnie innej treści, nawiązujący jedynie do korporacyjnych pułapek często stosowanych w firmach. Poza tym, posiadałam już doświadczenie w pracy na linii ezoterycznej, co opisałam we wcześniejszych książkach i nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego. Tymczasem to, z czym zetknęłam się zarówno na infolinii, jak i poza nią, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie chodzi o sam humor, bo to jest wciąż dodatek. Praca w dużej, bogatej firmie postrzegana jest, jak wygrany los na loterii. Kojarzy się ze stabilizacją, większymi możliwościami w zakresie rozwoju osobistego i zapewnia, przynajmniej na jakiś czas, poczucie bezpieczeństwa. Pomaga wykreować specyficzny wizerunek zatrudnionych tam osób, które na zewnątrz prezentują się jako bardziej zaradne, bardziej kompetentne, należące do "stada". Lecz wielu, spośród tych, którzy doświadczyli korporacyjnego ładu, nazywa ten świat piekła dnem. Piekłem, w którym obawa przed porażką, eliminuje z rywalizacji o wszystko. Gdzie nikt nie zna dnia ani godziny, w której spadnie na niego pochwała lub nagana, nagroda lub lawina pretensji. Energia ludzkiej kreatywności przemienia się w wysokiej klasy manipulację, tylko po to, aby każdy, kto został zaliczony do korporacyjnego grona wyzbył się wszelkiej indywidualności i odwagi, aby prezentować siebie, jako istotę niezależną i swobodną. Toczy się swoista walka, w której nikt nie bierze jeńców, a gdy zdarzy się okazja, aby okazać prawdziwą empatię lub współczucie - może to narazić na utratę wszystkiego, co do tej pory zostało osiągnięte. Przeciwnicy nie szanują się nawzajem, pomimo oficjalnych deklaracji i procedur zachowania jakości obsługi klienta. Szydzą i wyśmiewają się z cudzych potknięć, zarazem zdając sobie doskonale sprawę z tego, że następnym razem to oni znajdą się w roli tych wykpionych. Natychmiast zrodził się w mojej głowie pomysł, aby napisać o tym książkę, potrzebowałam jednak głównego wątku i pomysłu na ciekawą bohaterkę. I wtedy, jak na życzenie los zesłał mi nie jedną, ale kilka dziewczyn, których przeżycia składają się na całą opowieść. I tak narodziła się Weronika Ptak i jej historia.

Ile czasu zajęło Pani napisanie „Infolinii złudzeń”, aby nabrała idealnych kształtów?

Trzytomowa  powieść powstawała na przestrzeni ponad trzech lat, choć ostatecznie napisałam ją w dwa miesiące.

Czy główna bohaterka, Weronika Ptak, konsultantka telefoniczna, posiada swój pierwowzór w rzeczywistości?

Na tę historię złożyły się losy moje oraz sześciu innych kobiet. Właściwie to opowiadam ją od końca, ponieważ w rzeczywistości wszystko wyglądało trochę inaczej. Może powinnam napisać we wstępie książki, że wszystkie postaci oraz wydarzenia są fikcyjne i jakakolwiek zbieżność z prawdziwymi osobami jest przypadkowa, lecz byłaby to nieprawda. Jedyna postać, która nigdy w tej historii nie zaistniała naprawdę, to ksiądz.

A może Weronika Ptak ma coś wspólnego z Panią?

Mamy wiele wspólnego. Między innymi to, że obie poznałyśmy Sebastiana i Lutka. Mówiąc poważnie, wszystko to, co Weronika usłyszała w słuchawkach stanowi moje osobiste doświadczenie. Natomiast jej dalsze losy, które zostaną przedstawione zwłaszcza w trzeciej części, to historia innych kobiet. Początkowo zamierzałam opowiedzieć ją wyłącznie z perspektywy tzw. telefonistki, ale później uznałam, że byłoby to nieuczciwe w stosunku do czytelników i samych dziewczyn. W końcu one wszystkie przeżyły to, co Weronika.






Co podczas pisania „Infolinii złudzeń” sprawiało Pani największą trudność?

Na „Historię Weroniki P.” składają się trzy książki i aby zrozumieć, jak powstawała każda z nich, należy spojrzeć na ten temat całościowo. Jeśli chodzi o „Infolinię”, to najtrudniej mi było dokonać wyboru, które dialogi i wątki wpleść do głównej historii. Zaręczam, że trzy książki to jeszcze za mało, żeby opisać wszystko, co  na ten temat warte jest przedstawienia światu. Odnośnie pozostałych części, musiałam niejako wyjść poza strefę własnego komfortu i wykonać wysiłek przedstawienia  rzeczywistości w taki sposób, jak odbierały to dziewczyny, które stanowiły pierwowzór Weroniki. Nie było to łatwe, aby zarazem przekazać, co miały do powiedzenia i nie uczynić z tej książki taniej sensacji, pełnej wulgaryzmów, opisów okrutnych praktyk lub fałszywie epatować dziejącym się tam dramatem. Każdy po przeczytaniu trzeciej części będzie mógł opowiedzieć na pytanie czy nie zawiodłam oraz czy wciąż ma w ręku komedię?

Czy pisząc „Infolinię złudzeń” wiedziała Pani od razu, co się wydarzy, czy kolejne rozdziały pisała Pani raczej spontanicznie?

Zakończenie całej opowieści było dla mnie wiadome od początku, co zwykle nie jest wcale takie oczywiste, lecz w tej historii musiało tak być. Pomysł na książkę zrodził się w mojej głowie niejako od końca – najpierw było zakończenie, później dobrałam do niego całą resztę. Książka powstawała w trzech etapach. Z robionych na bieżąco notatek tworzyłam kawałki tekstu, krótkie fragmenty opowieści, starając się oddać w nich nastrój chwili lub humor sytuacyjny. Później łączyłam je w całość, jak kawałki materiału i dopiero na końcu dopisałam niektóre wątki, w tym ten z Sebastianem.

Jak udaje się Pani pogodzić pisanie książek z codziennymi obowiązkami?

Nie traktuję pisania, jak pracę lub wyzwanie. To moje hobby, co oznacza, że piszę wtedy, kiedy mam na to ochotę oraz kiedy słowa w mojej głowie układają się w zdania warte zapisania. Wówczas nie istnieje podział czasu na ten od pracy i ten od odpoczynku a czas poświęcony pisaniu nie zalicza się do kategorii wysiłek. Owszem, czasem zgrzytam zębami, gdy wena wali pięścią w głowę, a mnie pochłaniają mniej kreatywne obowiązki, wówczas wyczekuję momentu, gdy będę mogła zapisać ciekawą myśl. W absolutnej tajemnicy zdradzę, że zdarza mi się pisać w pracy. Na przykład podczas oficjalnego spotkania, gdy ktoś zanudza uczestników nieciekawym wystąpieniem, lubię uciec w myślach do mojego świata. I wówczas nic nie stoi na przeszkodzie, aby napisać kolejny fragment powieści, w której nudziarz ginie w niewyjaśnionych okolicznościach tuż po wygłoszeniu referatu podczas konferencji.

Czy podczas pisania „Infolinii złudzeń” pojawiły się momenty zwątpienia, chwile kiedy absolutnie brakowało Pani weny? Jeśli tak, to jak sobie Pani wtedy poradziła?

Chwile, kiedy brakuje weny a nawet ochoty do pisania zdarzają się zawsze i to jest normalne zjawisko. Nigdy się tym nie przejmuję, bo wena przychodzi i odchodzi. Lecz „Infolinia” stanowi niezwykłą książkę, ponieważ pisaną na podstawie dość obszernego materiału z notatek i w tym przypadku miałam do czynienia z odwrotnym zjawiskiem. A mianowicie, musiałam dokonywać selekcji tekstu, aby z jednej strony nie przytłoczyć czytelnika rozmiarem książki a z drugiej nie zgubić najciekawszych lub najistotniejszych z punktu widzenia całej opowieści fragmentów. A pomysłów, jak to przedstawić było mnóstwo. Trzytomowa historia Weroniki jest zamkniętą całością, mimo to mam w sobie pewien niedosyt, że temat nie został dostatecznie wyeksploatowany.

Kiedy czytelnicy będą mogli poznać dalsze losy Weroniki P.?

Kolejne tomy „Historii Weroniki P.” są już napisane. Druga część nosi tytuł „Numer zastrzeżony”.

Jakby Pani zachęciła czytelników Nie oceniam po okładkach do sięgnięcia po „Infolinię złudzeń”?

Historia Weroniki P. to nie jest lekka komedyjka dla zabicia czasu. Wprawdzie „Infolinia złudzeń” jest zabawna, bo taka ma być, wprowadza czytelnika w dobry nastrój, zapoznaje z główną bohaterką, która jest sympatyczną, trochę naiwną lecz dobrą dziewczyną, lecz z każdą kolejną odsłoną tej opowieści czytelnicy przekonają się, że podobnie, jak główna bohaterka, muszą zmierzyć się z czymś więcej niż tylko groteskowy a czasem nawet brutalny humor. To nie jest książka taka, jak wszystkie. Jest inna, ponieważ opowiada historię Weroniki P., która pracowała w świecie złudzeń.

 

Dziękuję za rozmowę!



Wywiad powstał we współpracy z Wydawnictwem Lira.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz. ♥